Dzień po dniu w moim korpo świecie…Profil

Po prawie trzech miesiącach w nowej firmie, mieliśmy pierwszy team meeting…lepiej późno niż wcale. Wreszcie wiem, kto jest w moim zespole rozsianym po kraju. Odkąd zaczęłam pracę na Wyspach 14 lat temu, wirtualne zespoły i video-konferencje to moja codzienność korporacyjna. Z powodu cięcia kosztów, wyjazdy służbowe i face-to-face ukróciły się, tak więc teraz spotykamy się na ekranie.  Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak ważne są takie spotkania ze swoim team’em, i to co najmniej dwa razy w miesiącu. Nie za często, żeby nie marnować czasu swojego i innych, ale też nie za rzadko, żeby miały sens i żeby ludzie w tej samej grupie wiedzieli coś o sobie i uczyli się od siebie nawzajem. Najważniejsza dyskusja jest o tym, co każdy robi i jakie są planowane kolejne projekty. Żeby można się zaangażować w coś nowego i rozwijać.

Takie spotkania są ważne z punktu widzenia peer benchmarking, czyli bycia porównywanym do „rówieśników” przy ocenie rocznej. Warto jest więc wiedzieć, co robią inni, żeby zobaczyć, jak pozycjonujesz się wśród nich. Czy projekty, które robisz, wystarczą, żebyś dostał/a ten zaplanowany awans czy bonus. Czy może inni robią więcej, więc to oni go dostaną. A że pula wyższych stanowisk i bonusów jest ograniczona, trzeba się sprężyć, żeby to ciebie wzięli pod uwagę. Oczywiście, nie namawiam do wścibstwa czy natręctwa i wypytywania swoich kolegów, co robią. Wszystko subtelnie i z umiarem. Moja była koleżanka z pracy miała w zwyczaju zerkać mi na ekran komputera za każdym razem, jak podchodziła do mnie, żeby porozmawiać. Szybko nauczyłam się, żeby włączać desktop, jak tylko widziałam, że się zbliża. Na szczęście już z nią nie pracuje.

Odkąd zaczęłam nową pracę, robię projekt u jednego klienta, ale już chętnie dołożyłabym sobie coś, żeby urozmaicić dzień pracy i budować portfolio. Na spotkaniu szybko więc chwycilam drugi mały projekt. Będę go robić rownolegle, ale w innej dziedzinie i trochę krócej. Będą nowi ludzie, nowy klient i nowe rzeczy do nauczenia się, więc świetne wyzwanie. A im więcej takich, tym bogatsze doświadczenie i tym więcej jest się wartym na rynku pracy. No i ma się ciekawszy profil na LinkedIn.

Właśnie przez LinkedIn znalazł mnie dziennikarz ze specjalistycznego kwartalnika księgowego. Pyta, czy nie udzieliłabym wywiadu na temat mojej pracy, projektów i kwalifikacji. Chętnie się za to biorę, bo zawsze to dobrze podbudować sobie personal brand. Nauczona przykrym doświadczeniem z poprzedniej pracy, kiedy to powiedziałam coś mediom bez zgody firmowych Media Relations, grzecznie skontaktowałam się z odpowiednim działem, żeby zrobić wszystko, jak przykazują. No i schody się zaczęły. To Media Relations kontaktowały się odtąd w moim imieniu z dziennikarzem. Przesłali mi pytania, na które miałam odpowiedzieć, żeby mogli je sprawdzić przed wywiadem. Dodatkowo te same odpowiedzi miałam wysłać do mojego szefa, żeby kolejna osoba upewniła się, czy nie brukam dobrego imienia firmy. Po wywiadzie dziennikarz sporządził notatkę, ja ją poprawiłam i znów musiałam wysłać do sprawdzenia do szefa i Media Relations. Zdjęcie w artykule najchętniej to firmowe zrobione przez moją korporację. Wszyscy pracownicy mają robioną sesję w pierwszym dniu pracy, żeby na LinkedIn i innych mediach społecznościowych ładnie wyglądało i żeby brand firmy był spójny. Miło widzieć siebie w medium o międzynarodowym zasięgu, więc mimo wielokrotnych obróbek tekstu, pozytywne doświadczenie. A i mama ucieszyła się, jak przesłałam jej wycinek z prasy o sobie.

Cdn…