Dzień po dniu w moim korpo świecie – Network

Zadzwonił do mnie kolega z poprzedniej pracy. Pracuje teraz dla organizacji rządowej. Tracą ludzi, więc szukają kogoś na gwałt na umowę-zlecenie do pomocy przy audytach. Pyta, czy kogoś nie znam. Zaletą tego, że przenosisz się z jednej firmy do drugiej, jest to, że twoja grupa znajomych rośnie. Ci twoi znajomi też zmieniają pracę, więc im dłużej pracujesz, to ciągle się okazuje, że właściwie w każdej firmie kogoś znasz. Mój były kolega z pracy przeniósł się do innego banku, ktoś inny do firmy konsultingowej, ktoś inny założył własną firmę doradczą, jeszcze ktoś zaczął pracować w ubezpieczeniach, i siatka kontaktów rozrasta się. Czasem zobaczę na LinkedIn, ze ktoś zmienił pracę, czasem ktoś napisze, czasem ktoś się na kawę albo lunch umówi, czasem kogoś spotkam u nowego klienta albo u dentysty. Więc mimo mojej fatalnej pamięci do nazwisk, zawsze ktoś się znajdzie w dziedzinie, która mnie właśnie interesuje. A jeśli ja kogoś nie znam, to wypytuję, czy ktoś z moich znajomych zna. No i tak właśnie rodzi się network. Dla pokolenia moich rodziców, wyrażenie „po znajomości” miało pejoratywne znaczenie. Bo albo ktoś w łapę musiał dać, albo coś komuś w zamian załatwić. Ten współczesny network jest pozytywny i bezinteresowny. Podpowiadasz, dzielisz się wiedzą, pokierujesz kogoś, nic za to nie chcąc, ale wiesz, że tobie też ktoś pomoże, jak będziesz potrzebować.

Tak więc zasugerowałam koledze z organizacji rządowej trzy rozwiązania. Dwa bez żadnej ukrytej agendy, trzecie trochę bardziej interesownie. Jako pierwsze, moja koleżanka pracuje na umowę-zlecenie jako konsultant w bankach w ryzyku. Nie całkiem to w audycie, ale ryzyko rozumie, więc ją „sprzedałam” jako eksperta. Dodatkowo wiem, że kocha Indie i jej były partner był Hindusem, a tak się zdarza, że kolega z organizacji rządowej też pochodzi z Indii. Szybko poinformowałam o tym obie strony, żeby mieli temat na small talk, jak będą omawiać szczegóły pracy. Po drugie, moja inna koleżanka z dużej firmy audytorskiej, przestała lubić swoją pracę. Jest świetnym audytorem, więc zaproponowałam, że można by ją tej firmie księgowej podebrać, jeśli się ją wystarczająco skusi. Ostanie rozwiązanie, to ja albo ktoś z mojego zespołu na secondment albo resource augmentation do organizacji rządowej mojego kolegi. Choć kolega powiedział, że jesteśmy za drodzy, a oni mają mały budżet, więc na razie nic z tego, ale obiecał, że ponieważ jestem pomocna, to chętnie skontaktuje się ze mną znów, jak będą organizować kolejny przetarg na usługi audytorskie. Niby ta moja pomoc bezinteresowna, a jednak może być bardzo przydatna w przyszłości. Moja korporacja może mieć nowego klienta, a ja nowe doświadczenie poza sektorem finansowym. Dobrze tak czasem coś komuś podpowiedzieć. One foot in the door.

Network też trochę sie przydał na jodze. Zapytałam na któryś zajęciach, czy nie daliby mi zniżki korporacyjnej. Wychodzę z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych i jeśli nie zapytasz, to nie dostaniesz. Powiedzieli, że, jako jednostce to, mi nie dadzą, ale jak załatwię z moją korporacją, żeby przystali na warunki studia jogi, to ja też na tym skorzystam. Więc zaczęłam od poproszenia właścicielki studia o przesłanie mi oferty ze zniżką. Potem porozmawiałam z menadżerem mojego biura i komitetem socjalnym. Pani od jogi prosiła, żeby zniżka była opublikowana na stronie mojej korporacji oraz w ulotkach i plakatach porozwieszanych w biurze. Korporacja zgodziła się tylko na ulotki. Więc znów musiałam pisać do pani od jogi, że rozumiem, że to nie do końca to, o co prosiła, ale to i tak dobry dla niej rezultat, bo może mieć kilkudziesięciu nowych klientów. A strona korporacyjna jest globalna, także małe prawdopobienstwo, że ktoś z oddziału w Nowym Jorku by przyjeżdżał na piątkowa jogę. No i udało się. Ulotki są porozkładane w biurze, ja w biurowym newsletter jestem chwalona za dobrą robotę, dodatkowo pochwała od szefa. A najważniejsze dla mnie, że to ja na tym głównie skorzystam, płacąc kilkadziesiąt funtów w roku mniej. No i wszyscy już wiedzą, że ta nowa, to ta od jogi, więc zawsze jest jak zagaić temat przy automacie z kawą.